Mit o Mediuszu z Gór Lamazyjskich

Nikt nie wie skąd przyszedł, skąd przyleciał. Wiadomo tylko, że z gór. Z jakich? Z których? Z jak wysokich…? Szukał swojego miejsca, swego szczytu. Był wszędzie i nigdzie. Skrzydła, które miał po ojcach dawały mu moc przemierzania świata. Chłonął go.

Spotykał różnych ludzi na swej drodze. Wielkich, małych, zwyczajnych. Z każdym spotkaniem z Istotą żywą był mocniejszy. Czuł siłę i dawał siłę. Bogowie kochali go, ale bali się jego pychy. Obawiali się o niego. Był przecież tylko małym człowiekiem.

A on wędrował. Szukał. Poczuł, że jest tak silny, iż może zamieszkać na jednej z Gór. Zaglądał na wiele z nich – każda miała już swego gospodarza. Drażniło go to. Chciał być jak oni. Chciał widzieć świat z góry i mieć go u stóp.

Pewnego dnia szybując zobaczył Piękny Szczyt. Samotny wierzchołek – żaden heros na nim nie mieszkał. Ha… - pomyślał to będzie mój dom. Moje miejsce. Tu zamieszkam i tu będę żył ze swoją rodziną.

Wylądował, rozejrzał się i zasnął. W nocy znikąd – a może jednak wiadomo skąd – przyszła burza. Potężne grzmoty przewalały się przez wierzchołki. Echo odbijało je w dolinach, a łoskot wracał na szczyty ze zdwojoną siłą. Mediusz śpiąc słyszał potężniejący huk, lecz sen jego był niewzruszony.

We śnie usłyszał głos:

„Wracaj w doliny!

Tu mi dobrze – odrzekł.

Bez skrzydeł nie możesz tu mieszkać. -

Przecież je mam – chcę tu być. – odrzekł wściekły.”

Błyskawica uderzyła w „Jego” szczyt. Trafiła tuż obok niego. Skrzydła zapłonęły żywym ogniem. Gasząc je wiedział, że musi uciekać w dół. Bez swoich wspaniałych piór nie będzie mógł tu żyć, nie przeżyje nawet tygodnia.

Jego wędrówka w doliny pełna była bólu i żalu. Z każdym jednak metrem czuł, że coś się zmieniło. Czuł, że nie musi żyć tam gdzie herosi i bogowie. Wiedział jednak jak piękny jest ten ich świat. Wracając prosił bogów o to, aby jeszcze choć raz mógł znaleźć się na Górze. Spojrzeć na ten piękny, cudowny świat z tej właśnie wysokości.

Bogowie milczeli. Mediusz został w dolinie. Zbudował dom, był szczęśliwy. Miał żonę i dzieci, które kochał. Wiele razy opowiadał sąsiadom o wędrówkach, o przestrzeni i o Górze. Prosili go, żeby ich tam zabrał. On wiedział jednak, że bez skrzydeł nie może, zwyczajnie nie będzie umiał. Czasem jednak wracał do swojej prośby przekazanej bogom w trakcie straszliwego powrotu z jego Góry…

Pewnego dnia zasnął wcześniej niż zwykle i znów przez sen, jak przed laty, usłyszał głos: „Leć na swój szczyt – możesz to zrobić, ale nie sam. Pokaż drogę tym, którzy nie wiedzą, jak tam dojść, a też chcieliby zobaczyć, to o czym im tak pięknie wiele razy opowiadałeś. Pamiętaj jednak, że jesteś tam tylko na chwilę! Jesteś tylko gościem!”

Rano zebrał swoich przyjaciół i zapytał: „Kto ze mną powędruje na szczyt? Ja wskażę drogę.” Zebrała się grupa śmiałków i w tym momencie M poczuł, że u jego ramion rosną mu tak dawno już zapomniane skrzydła. Zatrzepotał nimi i ku zdumieniu zebranych wzbił się w przestworza.

Wędrówka rozpoczęła się nazajutrz. Przyjaciele wędrowali dołem, a Mediusz frunął nad nimi wskazując szlak. Wyprawa, choć nie bez przeszkód, powoli docierała do szczytu. Ominęła olbrzymią przepaść, kruchy most i drogę schodzenia wielkich kamiennych lawin. W końcu dotarła do szczytu. Widok z wierzchołka był wspanialszy, od tych które Mediusz widywał do tej pory.

Przez głowę przeszła mu myśl… Nie zdążył jej nawet dokończyć, gdy z jasnego nieba uderzył piorun. Ze skrzydeł pozostał tylko popiół. Znów pozostała mu mozolna wędrówka w doliny. I znów wracając prosił o jeszcze jedną szansę.

Czy ją dostał – niektórzy mówią, że tak – widywali go przecież w górach wielokrotnie; inni, że nigdy już nawet nie spojrzał na ośnieżone wierzchołki….